

I rzeczywiście, przepowiednie katastrofistów na naszych oczach zaczynają się sprawdzać. W Europie rodzi się coraz mniej dzieci, powszechnie panuje hedonizm, zanikają cnoty obywatelskie, takie jak dbałość o wspólne dobro, odwaga, zdolność do poświęceń. Przyczyn kryzysu Świata Zachodniego jest z pewnością wiele.
Najistotniejszą jednak moim zdaniem jest to, że nasza cywilizacja osiągnęła właściwie wszystko co można było osiągnąć. Wszelkie odwieczne ludzkie marzenia o szybkich podróżach, lataniu w powietrzu, komunikowaniu się na odległość, zwalczaniu powszechnych chorób zostały zrealizowane już przed Drugą Wojną Światową. Dziś dla mieszkańców Europy Zachodniej dobra te są powszechnie dostępne. Nie ma też już żadnych nowych przestrzeni - cały nadający się do zamieszkania obszar naszego globu został zasiedlony, zaś kolonizacja ubogich państw Trzeciego Świata przestała być ekonomicznie opłacalna, wojna między krajami bogatymi zbyt ryzykowna ze względu na atomowe arsenały, a poza tym bezcelowa.
Tak więc politycy nie mogą dziś przedstawiać ludziom wielkich projektów zdolnych mobilizować masy do heroicznych wysiłków. W takiej sytuacji w naturalny sposób jedynym pragnieniem staje się poczucie bezpieczeństwa i wygody. Zanika odwaga, ofiarność, kreatywność, które żywią się wolą przekształcenia Świata.
Być może loty do gwiazd czy masowa eksploatacja odległych planet mogłyby wykrzesać z ludzi nowe pokłady entuzjazmu, te jednak są wobec naszych możliwości technologicznych równie niedostępne, co budowa samolotów naddźwiękowych była niedostępna mieszkańcom starożytnego Rzymu.
Upadek Zachodu nie jest jednak upadkiem Świata. Inne kultury zachowały swą kreatywność i moralną siłę. Będąca jej najgłębszym wyrazem gotowość do poświęcania własnego życia wciąż jest obecna na przykład w Świecie Islamu.
Trudno uwierzyć by trwający od kilkudziesięciu lat napór ludności muzułmańskiej na Europę uległ w pewnym momencie zatrzymaniu. Bogactwo naszego kontynentu jest zbyt kuszące, przyrost naturalny w Afryce Północnej i w Azji zbyt wysoki, zaś doskonałe uszczelnienie granic technicznie niewykonalne. Równie nieprawdopodobne jest by przybywający do Europy muzułmanie zaczęli nagle odrzucać swe wierzenia, które stanowią dla nich, prócz metafizycznego, również społeczne oparcie w otaczającym ich tu obcym bądź co bądź świecie.
Jeśli nie dojdzie do gwałtownych zmian i masowego wysiedlenia ludności muzułmańskiej z Europy, to w przeciągu niecałych stu lat będą oni w stanie zamienić takie kraje jak Francja czy Niemcy w islamskie republiki.
Dodajmy też, że muzułmanie pozostając wciąż grupą ekonomicznie słabszą nie ulegną demoralizacji rozkładającej naszą kulturę. Oni wciąż będą mieli wiele do zyskania, a mało do stracenia.
Z dzisiejszej perspektywy zorganizowanie akcji wysiedleńczej wydaje się jednak niemożliwe. Nie chodzi mi tu jedynie o oczywisty brak politycznej woli jej przeprowadzenia, opory natury moralnej czy ideologicznej. Przesiedlenie na taką skalę musiałoby wywołać polityczną reakcją w coraz bardziej przeludnionych krajach arabskich czyniąc realnym nawet wybuch wojny.
Szansa na to, by Europa oparła się islamskiej inwazji jest więc niewielka i wydaje się, że trzeba się już dziś pogodzić z tym, że za siedemdziesiąt lat wnuczka pani minister edukacji we francuskim rządzie, która wprowadziła obowiązkowe rozdawnictwo pigułek wczesnoporonnych dziewczętom ze szkół, wychodząc na ulice Paryża będzie musiała przesłaniać twarz kwefem.
Coraz liczniejsi muzułmanie utworzą w którymś momencie swoją reprezentację polityczną, a ta w jakiś kolejnych demokratycznych wyborach po prostu przejmie władzę. Europa wydaje się już być z tym faktem pogodzona. Polityka wobec przybyszów jest bardzo łagodna. Pozwala im się na swobodne praktykowanie własnej religii. Coraz częstsze są przypadki, że chrześcijańskie świątynie zamieniane są na meczety.
Znamiennym przykładem otwarcia europejskich elit na islamskich sąsiadów jest dopuszczenie Turcji do negocjacji w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej. Taki "łagodny" scenariusz islamizacji naszego kontynentu nie jest jednak jedynym jaki można sobie wyobrazić.
Wiele procesów występujących tak w przyrodzie, jak w życiu ludzkich społeczności, których przebieg do pewnego momentu miał charakter stopniowy, ulega gwałtownemu przyspieszeniu, tak znacznemu, że zostaje zerwana ich ciągłość. Sytuacje takie określa się mianem katastrof. Ich przykładami mogą być rewolucje, wojny, krachy giełdowe.
Najbliższe ćwierćwiecze przyniesie nałożenie się aż dwóch zjawisk mogących przybrać formę społecznej katastrofy, a mających swoje podłoże w zjawiskach demograficznych (a więc w takiej perspektywie czasowej dających się bardzo dobrze prognozować). Starzenie się Zachodnich społeczeństw między rokiem 2015, a 2020 stanie się przyczyną wielkiego gospodarczego kryzysu. Nadmuchane, przez oszczędzających na swą starość Amerykanów i Europejczyków giełdy, runą w momencie gdy pokolenie powojennego wyżu demograficznego osiągnie wiek emerytalny.
Takie właśnie załamanie przewiduje między innymi Krzysztof Dzierżawski - znany ekonomiczny publicysta i ekspert Centrum im. Adama Smitha. Wzrost indeksów na światowych giełdach jest bowiem pochodną ekspansji funduszy emerytalnych. Gdy znacząco zwiększyły one swe inwestycje na początku lat osiemdziesiątych, wskaźnik nowojorskiej giełdy zaczął gwałtownie rosnąć, by w roku 87 wynieść (uznany już wtedy za absurdalnie wysoki) poziom 3.500 punktów. Po krachu jaki miał wtedy miejsce "Dow Jones" ponownie zaczął rosnąć osiągając w 97 roku 8.500 punktów; wtedy nastąpiło kolejne załamanie i indeks spadł do 8.000 punktów, by zaraz znów zacząć się wspinać, przekraczając dziś 11.000 punktów.
Dzieje się tak pomimo, że większość wchodzących w skład koszyka Dow Jones spółek od wielu lat przestała już przynosić zyski. Jak podaje w swej książce "Przyszłość kapitalizmu " profesor Lester Thurow, większość dorosłych Amerykanów jako jedyną szansę na godziwe przeżycie starości zaczęło w latach osiemdziesiątych uważać właśnie inwestycje giełdowe. Gdy giełdy runą nastąpi kryzys o sile przerastającej słynny Wielki Kryzys lat trzydziestych (wtedy indeks nowojorskiej giełdy przeszacowany był mniej więcej dwukrotnie, już dziś przeszacowanie jest co najmniej pięciokrotne, a dmuchanie mydlanej bańki trwa nadal).
Zanim jednak dojdzie do krachu na giełdach, nastąpi jeszcze jedno znaczące zjawisko. Około roku 2010 w niemal wszystkich krajach islamskich wejdzie w dorosłe życie najliczniejsza w historii tych państw grupa młodych ludzi. Wielu z nich z pewnością zdecyduje się na emigrację do Europy. Oznaczać to będzie, że w latach 2010-2015 napór demograficzny na nasz kontynent osiągnie nie notowane nigdy wcześniej rozmiary. Dodajmy, że przyrost naturalny wśród muzułmańskich imigrantów sięga 4% rocznie, a to oznacza, że i bez zasilania nowymi przybyszami ich liczba podwaja się co 18 lat.
Jak dowiadujemy się z prognoz demograficznych opublikowanych w 1995 roku w magazynie "Newsweek", ludność muzułmańska w samej Francji ma osiągnąć w 2010 roku poziom od 6 do 8 milionów, a więc wzrosnąć w stosunku do roku 1994 ponad trzykrotnie. Jeśli przyjmiemy, że w latach 2010-2015 wzrośnie ona o kolejne 3-4 miliony (co jest założeniem dość ostrożnym) natomiast ogólna liczba mieszkańców Francji wynosić wtedy będzie poniżej 60 milionów (co wynika z ostatnich prognoz demograficznych), to należy zgodzić się z tym że w roku 2015 we Francji muzułmanie stanowić będą 20% ludności.
Sytuacja w Niemczech będzie niewiele lepsza. Skutki wybuchu kryzysu ekonomicznego w takich okolicznościach nietrudno przewidzieć. Dojście do władzy ugrupowań domagających się wysiedlenia przybyszów wydaje się wówczas niemal pewne. Będzie już jednak za późno. Nerwowe próby ratowania sytuacji najprawdopodobniej doleją tylko oliwy do ognia i zachód naszego kontynentu ogarnie etniczna wojna domowa.
Podsumowując, najprawdopodobniej proces islamizacji Europy Zachodniej przestanie w pewnym momencie przebiegać w sposób łagodny i ulegnie gwałtownemu, katastroficznemu przyspieszeniu. Nastąpi to w pierwszej połowie XXI wieku i decydującą rolę odegrają elementy wymienione powyżej.
Niektórzy buntują się przeciw takiej wizji. Twierdzą, że europejskie elity na pewno nie dopuszczą do realizacji opisanego scenariusza. Warto im jednak przypomnieć historię upadku Cesarstwa Rzymskiego na zachodzie. Podobieństwo sytuacji społecznej schyłku Rzymu i dzisiejszej Europy jest tak ewidentne, że w zasadzie nie warto się nad nim rozwodzić: spadająca dzietność (na kobietę, która urodziła dwójkę dzieci patrzyło się wtedy jak na bohaterkę, dziś traktuje się ja wręcz jak dziwaczkę), rosnące podatki, wzrastająca ilość obcych przybyszów, upadek poszanowania dla własności publicznej, ogólna dekadencja i rozkład moralny.
Skutek znamy - Rzym upadł. Upadł pomimo posiadania najsilniejszej w owym czasie armii na Świecie, pomimo posiadania bogactw, przy pomocy których mógł korumpować rządy i wpływać na okolicznych władców.
Przypomnijmy tu za francuskim historykiem Filipem Contamine fakty związane z najazdami barbarzyńców, które uznawane są za ostateczną katastrofę tego wielkiego imperium: "Po jednej stronie wykorzystywano wszystkich dorosłych mężczyzn, w wieku od lat piętnastu czy szesnastu, do lat gdy opuszczały ich siły, a więc liczba walczących sięgała jednej czwartej, jednej piątej całej ludności. Cesarstwo miało kilkadziesiąt milionów mieszkańców, ale zdolne było za cenę rujnującego wysiłku zgromadzić 500.000 czy 600.000 żołnierzy, z których dwie trzecie, a nawet trzy czwarte były w praktyce niezdolne do udziału w kampanii. Tak więc stosunek liczby walczących do liczby ludności teoretycznie był rzędu jednego do stu, praktycznie jednego do czterystu. (...) Niższość barbarzyńców w dziedzinie prowadzenia oblężeń nie stanowiła utrudnienia, chyba że miasta broniły się zdecydowanie. W rzeczywistości wiele z nich padło przez zaskoczenie, przez zdradę albo wskutek krótszej czy dłuższej blokady; inne otwarły rozmyślnie swe bramy z nadzieją, że zostaną oszczędzone."
Barbarzyńcy łupili i niszczyli imperium, pomimo, że Rzymianie mieli nad nimi ogromną przewagę. Brakowało im jednak tego co wojskowi nazywają morale "ducha walki, odwagi, gotowości na śmierć". Tchórzliwi, hedonistycznie nastawieni do życia i pragnący jedynie spokoju Rzymianie, konsekwentnie lekceważyli zagrożenia, a gdy doszło do napaści dzikich ludów, sami otworzyli najeźdźcom bramy do swych miast.
Być może kontynent opanowany przez młody, dynamiczny naród arabski, za kilkaset lat powtórnie odżyje tworząc oryginalną, nową cywilizację, będącą mieszanką cywilizacji łacińskiej i muzułmańskiej. Byłaby to kolejna powtórka z historii - wszak w kilkaset lat po upadku Rzymu, niżej cywilizowane ludy germańskie utworzyły to co my nazywamy dziś Naszą Europą. Podobnie jak wtedy, gdy barbarzyńscy najeźdźcy ocalili z Rzymu to co było w nim najbardziej wartościowe: prawo, organizację, niektóre technologie, a także wschodzące wtedy Chrześcijaństwo, tak samo jutro Arabowie to co dobre wezmą, a to co złe odrzucą.
Nad śmiercią Europy nie ma co rozpaczać.
Tak widać musiało być.
Podobnie jak upadek Cesarstwa zachodnio-rzymskiego nie był upadkiem całego imperium, które pod postacią Bizancjum przetrwało jeszcze tysiąc lat, z czego przez lat pięćset było polityczną potęgą, tak samo upadek Europy Zachodniej nie jest upadkiem europejskiej cywilizacji, która w słowiańskiej części kontynentu ma szansę przetrwać jeszcze przez wiele stuleci, a nawet, w stosownym momencie, wyzwolić Europę Zachodnią spod islamskiego jarzma.
Z upadku kontynentu nie wynikają też specjalne powody do troski o naszą wiarę. Pod panowaniem Muzułmanów liczba Chrześcijan nie będzie raczej spadać szybciej niż dzieje się to obecnie w lepkich mackach liberalnej demokracji.
Czy nastąpi upadek Watykanu?
Cóż, nigdzie nie jest powiedziane, że siedzibą Stolicy Apostolskiej musi być Rzym. Kto to wie, może następną siedzibą będzie Pekin? A może Kraków lub Warszawa?
Jan Frejlak
5 o6 2001